Radomskie koło terenowe Polskiego Związku Głuchych ma prawie 2,7 tys. podopiecznych. Całą tę rzeszę obsługuje zaledwie pięciu tłumaczy na etacie.Osobie niesłyszącej tłumacz języka migowego jest potrzebny wszędzie: u lekarza, w urzędzie, nawet na szkolnej wywiadówce. Niesłyszącym w Radomiu pomaga zaledwie pięciu tłumaczy. Potrzeba ich dwa razy tyle, ale na kolejne etaty pieniędzy brak 21-letnia głuchoniema Iwona nieraz miała trudności z załatwianiem codziennych spraw.
- W domu jakoś się porozumiemy, ale kiedy pojawiają się jakieś poważniejsze sprawy, to tłumacz jest potrzebny. Na pewno jest ich za mało - uważa pani Danuta, mama dziewczyny. Pani Danuta zna trochę język migowy, uczyła się go na własną rękę razem z córką. Na co dzień taka znajomość języka wystarcza. Kiedy udawała się z Iwoną na komisję lekarską ZUS, poprosiła, by zbadał ją lekarz ze znajomością migowego. Okazało się, że to nie takie proste. Obie panie odsyłano z komisji do komisji: najpierw były w Radomiu, potem w Warszawie. W końcu skierowane je z powrotem do Radomia, z zapewnieniem, że tym razem zajmie się nimi specjalista, który migowy zna.
- Powiedziałam Iwonie, żeby weszła do środka sama, a tu się okazało, że jedna pani doktor umie powiedzieć na migi dzień dobry, a druga nic - opowiada pani Danuta. - Tłumaczyła: wie pani, jak się nie używa języka, to się zapomina. Byłam bardzo niemile zaskoczona.
Pani Danuta musi towarzyszyć córce praktycznie za każdym razem, gdy wychodzi z domu. Kiedy jest w szpitalu, przebywa z nią 24 godziny na dobę. - Dopóki jest z nią ktoś z rodziny, to jest dobrze, ale jak zostanie sama, to co wtedy? - martwi się mama Iwony.
Osobom takim jak Iwona, które mają słyszących opiekunów, jest dużo łatwiej. Jednak zdarzają się przypadki, że nie słyszą wszyscy członkowie rodziny. Im brak tłumaczy doskwiera najbardziej.
Polski Związek Głuchych Koło Terenowe w Radomiu ma prawie 2,7 tys. podopiecznych. Całą tę rzeszę obsługuje zaledwie pięciu tłumaczy na etacie.
- To zdecydowanie za mało. Dwa razy więcej na pewno by się przydało - uważa Elżbieta Pietrzyk-Tomaszewska, kierowniczka radomskiego PZG.
80 proc. środków finansowych, jakimi dysponuje PZG, pochodzi z konkursów na zadanie zlecone, rozpisywanych przez Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Ok. 20 proc. funduszy koło terenowe pozyskuje we własnym zakresie, m.in. przystępuje do konkursów organizowanych przez miasto Radom czy wojewodę mazowieckiego.
- Nie mamy zagwarantowanych stałych dochodów. Zawsze drżymy, co kolejny rok przyniesie. Gdybyśmy mieli stałe dochody, tłumaczy mogłoby być więcej, a więc i środowisku niesłyszących żyłoby się lepiej - uważa kierowniczka radomskiego PZG Radom.
Pietrzyk-Tomaszewska wyjaśnia, że tłumacz to łącznik osoby niesłyszącej ze światem. Idzie z nią do przychodni, na komisję lekarską, do urzędu. Gdy niesłyszący rodzic ma słyszące dziecko, tłumacz idzie z nim na szkolną wywiadówkę. Asystuje przy zawieraniu małżeństw w Urzędzie Stanu Cywilnego, uczestniczy w rozmowach ze spółdzielnią mieszkaniową, z czasem nawet pomaga rozwiązać konflikt sąsiedzki, bo podopieczni przychodzą do PZG z najrozmaitszymi problemami. Jeśli niesłyszący jest aktywny zawodowo, tłumacz udaje się z nim na rozmowę kwalifikacyjną czy na szkolenie BHP. Tylko dzięki tłumaczom niesłyszący może wyrobić sobie prawo jazdy. Tłumacz przysięgły - na szczęście taki w Radomiu jest - musi być obecny przy podpisywaniu umów notarialnych, w sądach, przy przesłuchaniach na policji. Dlatego radomski PZG na co dzień jest oblegany.
- Nie ma dnia, żeby nie zgłaszała się do nas osoba w potrzebie. Jeden tłumacz ma dziennie ze trzy do pięciu spraw na głowie. Mamy też mnóstwo telefonów z różnych instytucji, że przyszła osoba niesłysząca i potrzeba tłumacza - wyjaśnia kierowniczka PZG Radom.
Źródło: Gazeta Wyborcza Radom